Unam Sanctam, czyli o sedewakantyzmie i jego przyszłości — Część I
Unam Sanctam, czyli o sedewakantyzmie i jego przyszłości
Część I
Pojawienie się inicjatywy Unam Sanctam wydaje się momentem przełomowym w ruchu tradycji katolickiej, a już na pewno w obozie sedewakantystycznym. Nie chodzi tylko o samą stronę internetową i gromadzących się wokół niej biskupów, innych duchownych i wiernych świeckich. Chodzi przede wszystkim o głęboki przełom doktrynalny i nowe, świeże spojrzenie na od dawna dyskutowane problemy. Niezależnie od własnych przekonań, każdy tradycjonalista katolicki powinien się do tych kwestii jakoś odnieść, rozważając je przynajmniej we własnym rozumie i sumieniu.
Okazją do podzielenia się tymi uwagami publicznie jest z kolei tekst zamieszczony na blogu Tenete Traditiones, pt. „Czy Unam Sanctam wyczerpało już swój potencjał?”. Przyznam szczerze, że prowadzona tam dyskusja mocno mnie zaskoczyła.
Redaktor Mikłaszewski odpowiada na polemiki nadesłane przez anonimowego Czytelnika. Użyta w nich argumentacja jest zastanawiająca. Opiera się przede wszystkim nie na racjach merytorycznych, ale na liczbach… Czytelnik przeprowadza wyliczenia statystyczne na podstawie których z satysfakcją neguje sens wspomnianej inicjatywy. Choć Go nie znamy, taki dobór argumentów coś jednak o nim mówi. Przypuszczalnie jest to osoba o wykształceniu technicznym lub na co dzień pracująca na liczbach (księgowy, inżynier?). Nie ma głębszej wiedzy teologicznej, więc czuje się pewnie i bezpiecznie właśnie kiedy coś jest policzalne. Zasłania się liczbami… Bardzo utrudnia Mu to prowadzenie polemiki, bo teologia i filozofia są naukami jakościowymi, a nie ilościowymi. Jego wyliczenia – co w sumie zauważył red. Mikłaszewski – są więc chybione (jako argumenty w tej dyskusji) i jałowe co do wniosków.
Niestety szanowny Redaktor dał się trochę wciągnąć w tę polemikę, serio odpowiadając na te wszystkie niepotrzebne wyliczenia i dziwną argumentację Czytelnika, z którą dyskutuje raczej na poziomie szczegółów, niż całościowej narracji. Nie ujmując nic zmagającym się Polemistom – wszak sprawa nie jest prosta – pozwolę sobie uzupełnić tę debatę nieco innym stanowiskiem i garścią argumentów, które być może nieco ją rozwiną.
Otóż osią dyskusji w ogóle nie powinna być liczba zwolenników inicjatywy Unam Sanctam. Od kiedy to ilość argumentów przechodzi w jakość? W tym kontekście wyliczenia są właściwie bezwartościowe. Cóż to za różnica, czy jest nas 2,5 tysiąca czy 2,5 miliarda? Muzułmanów jest właśnie ponad 2 miliardy. Czy z tego wynika, że mają rację? Dyskusja o statystykach jest tutaj trochę dyskusją o niczym, a przynajmniej obok istotnych problemów i trochę się dziwię, że Redaktor sam jej nie uciął.
Naprawdę wzniosłe w religii katolickiej jest właśnie to, co jakościowe: nasz Pan sam modlił się w Ogrodzie Oliwnym (Piotr, Jakub i Jan posnęli), a potem sam poszedł na śmierć. Dawid sam stanął przeciwko Goliatowi… Gedeon miał początkowo 32 tys. ludzi, ale Bóg kazał mu pozostawić tylko 300 przeciwko Midianitom: „A było ich Midianitów jak szarańczy w mnóstwie” (Sdz 7, 12). Takich przypadków są w Biblii dziesiątki. W literaturze pięknym wcieleniem tej zasady jest choćby fabuła, którą Jean Raspail przedstawił w książce „Pierścień Rybaka”. Warto przy tym nadmienić, że pomysł na tę opowieść jest w gruncie rzeczy – przynajmniej mentalnie – sedewakantystyczny… Oczywiście można nie zgadzać się z konkretną argumentacją teologiczną Raspaila (pamiętając przy tym, że to jednak tylko powieść), ale poznajemy tu jedno z najpiękniejszych świadectw przypominających, że Prawda, Dobro i Piękno w ogóle nie są kwestią liczb i nie zależą od liczebności.
W zasadzie Czytelnikowi wystarczyło odpowiedzieć właśnie tyle. Jednakże problem jakiejś oceny i postrzegania inicjatywy Unam Sanctam, jej kondycji i możliwości rozwoju, pozostaje ważny i należy poważnie go przeanalizować. Rzeczywiście, kryteria ilościowe same w sobie ewidentnie wskazują na pewne spowolnienie. Liczba podpisów pod listem poparcia, zarówno świeckich jak i duchownych, nie jest duża, a przede wszystkim przestała rosnąć… Nie potrzeba żadnych wyliczeń, to widać od razu.
Rośnie co prawda liczba obserwujących na Telegramie, ale można przyjąć, że są to w dużej mierze te same osoby, które wcześniej podpisały list. Czyli zbliżamy się do poziomu nasycenia: kto miał podpisać lub „polubić” ten jest już z nami. Ma to przynajmniej tę dobrą stronę, że można się realnie policzyć. Wszak jakościowo, jak pisałem, nie powinno nas to jakoś specjalnie martwić. Na pewno nie bardziej, niż Dawida konfrontacja z Goliatem…
Martwi raczej coś innego: aktywność podpisanych, a dokładnie jej brak… Stronę i jej przekaz popiera nominalnie 15 biskupów i 87 „osób duchownych”. To pojęcie jest trochę niejasne, bo obok wyszczególnieni są także księża (56). Czy to są dwa różne zbiory? Wtedy w sumie mielibyśmy 143 popierających duchownych. A biskupi? Możliwe jednak, że wśród „osób duchownych” są też zakonnice i zakonnicy bez święceń kapłańskich. W każdym razie liczba ta, zwłaszcza jak na ruch sedewakantystyczny (ale i ruch tradycji katolickiej w ogóle) jest naprawdę imponująca!
Dlaczego więc tak dużo zaangażowanych duchownych generuje tak mały przyrost treści, skierowanej do wiernych? Wszak aktywność medialna to dziś główny środek misyjny zwłaszcza, gdy mówimy o niewielkiej wspólnocie rozsianej po całym świecie. Do tego powinna dochodzić jeszcze aktywność świeckich, których jest przecież wielokrotnie więcej.
Gdyby każda z 87 „osób duchownych” napisała chociaż raz w roku jeden krótki wpis na www lub w mediach społecznościowych, mielibyśmy mniej więcej dwa wpisy tygodniowo. No, a przecież nie mamy. Problemem inicjatywy Unam Sanctam wydaje się więc nie tyle zbyt małe poparcie co, mówiąc dobitnie, jego niska jakość. Na to trzeba zwrócić uwagę. Wygląda to tak, jakby Jego Ekscelencja Biskup Roy hobbystycznie prowadził swoją prywatną stronę internetową…
Co więc popierają sygnatariusze uwidocznieni na www.unamsanctam.org? Można odnieść wrażenie, że po prostu podpisali tylko jakąś petycję, bez chęci głębszego zaangażowania. Strona nie wydaje się być oficjalnym wyrazem pewnego ruchu, lecz raczej projektem samym w sobie. Projektem, za którym stoi tylko jeden dzielny biskup, a nie rozwijające się, międzynarodowe środowisko!
Tu właśnie rozwija się przestrzeń do działania. Jest to przestrzeń otwarta dla nas wszystkich: dla tych, którzy kwestionują oficjalny status Leona XIV, a przy tym popierają lub przynajmniej życzliwie odnoszą się do nowej propozycji rozwiązania kryzysu. W Polsce, w związku z brakiem deklarujących takie poparcie duchownych, jest to misja i wyzwanie skierowane szczególnie do świeckich. To od nas zależy, czy inicjatywa Unam Sanctam faktycznie „wyczerpała potencjał”. Od nas też zależy jej kształt i dalszy rozwój, bo to kształtują tylko ci, którzy aktywnie uczestniczą, a nie ci, co stoją z boku.
Proponuję więc zorganizować coś w rodzaju polskiego duszpasterstwa Unam Sanctam; polskiej „prowincji” lub „diecezji” ruchu, który wydaje się przynosić rozwiązania i odpowiedzi na pytania, z którymi tradycjonaliści różnych opcji dotąd sobie nie radzili.
Ta „prowincja” nie będzie mieć na razie polskiego „prowincjała”. Z konieczności musi opierać się na świeckich: na ich zaangażowaniu i aktywności. Musi być misyjna. To zresztą nasz katolicki obowiązek. Przestrzenią naszej misji siłą rzeczy powinna być sfera medialna, bo w niej się komunikujemy i formujemy jako zaczątek wspólnoty.
Warto jednak – nawet koniecznie trzeba – żebyśmy znaleźli się pod opieką duszpasterską wiarygodnego i aktywnego księdza, który przejmie się naszym losem. Wydaje się, że na ten moment rolę tę mógłby przyjąć Jego Ekscelencja Biskup Pierre Roy. Poprośmy Go o to. Nie bójmy się. Jeśli obiecamy Mu nasze wsparcie, nie odmówi!
No właśnie, nasze wsparcie… Wymagajmy przede wszystkim od siebie. Bądźmy aktywni. Uczmy się. Dyskutujmy. Dopracujmy własne poglądy i żyjmy według nich. Spróbujmy zrobić coś dla sprawy w którą wierzymy, żeby deklaracje poparcia nie pozostały jedynie martwymi liczbami na nieaktywnych stronach internetowych.
Wydaje się, że pierwszym zadaniem powinno być dookreślenie własnych przekonań i ich uzasadnienie, które pozwoli przekonać także innych. Zapiszmy to… Dlaczego popieram inicjatywę Unam Sanctam? Jaki program jej rozwoju, a więc rozwoju Kościoła katolickiego uważam za właściwy? Co możemy zrobić jako wspólnota, a co mogę zrobić ja sam? Co to dla mnie znaczy? Czym jest w moim życiu wiara i oczekiwanie na prawdziwego Papieża, który poprowadzi Kościół do pełni łask, danych nam wraz z obietnicą życia wiecznego?
Ja też spróbuję odpowiedzieć na powyższe pytania w kolejnych wpisach. Mam nadzieję, że staną się one zaczynem dyskusji, która pozwoli uporządkować nasze stanowisko i aktywność intelektualną, a docelowo zaowocuje powstaniem silnego i zintegrowanego środowiska, które włączy się w światowy ruch Unam Sanctam – w ożywczy powiew prawdziwej Wiosny Kościoła! Wtedy nikt już nie będzie miał powodu narzekać, że ta inicjatywa „wyczerpała swój potencjał”…
Eques
Źródło: Głos Tradycji — „Eques: Unam Sanctam, czyli o sedewakantyzmie i jego przyszłości”
Komentarze
Prześlij komentarz